Zima w Nowym Jorku

Fontanna w Bryant Park
Fontanna w Bryant Park

Zima w Nowym Jorku to chyba jedyna tamtejsza rzecz, którą wolę oglądać na zdjęciach. Długa, jak Neverending Story i uciążliwa, jak Pain in the ass (ups). Często przychodzi już w listopadzie, zwłaszcza lodowate wiatry i potrafi zostać nawet do kwietnia, a przy tym jest tez bardzo kapryśna i zmienna, jak kobieta w klimakterium. Łącznie z uderzeniami gorąca. Przekonałam się o tym kilka razy. Obojętnie czy mamy luty, czy kwiecień, to okazja do lepienia bałwana na amerykańskim podwórku jest bardzo prawdopodobna. I weź się teraz spakuj mądrze na tygodniowy pobyt w Nowym Jorku, nie zapominając o miejscu w walizce na zakupy. Wyzwanie prawie takie samo, jak przygotowanie bagażu na tygodniowy wyjazd nad nasze morze latem (chociaż tutaj pole do popisów mamy większe, bo zakupów w Chałupach raczej nie zrobimy… ale kasy wydamy tyle samo).

Luty. W Polsce tradycyjnie było jakieś -2, no może -3 stopnie, resztki śniegu. Jak zwykle szczęśliwa lecę do Nowego Jorku. Wyjątkowo lecę LOTem. Stewardesy tradycyjnie obrażone, program video „wyjątkowo” nie działa, czyli wszystko normalnie. Dodam, że to historia sprzed dobrych paru lat. O Dreamlinerach nikt (poza Boeingiem) wtedy nie myślał. Szczęśliwie dolecieliśmy. Jeszcze tylko kolejka na Emigration, bagaż też ze mną przyleciał (zawsze się o to boję po tym, jak kiedyś zaginęła mi walizka na powrocie)  i do taksówki. Wychodząc z lotniska, uznałam, że powietrze jest dość rześkie. Po 10 minutach czekania w długiej kolejce na yellow cab  stwierdziłam, że jest jednak zimno. Wsiadając do taksówki, przemknęło mi przez myśl, że chyba nawet zimniej niż w Polsce.

IMG_1392
lodowisko w Bryant Park

Następny dzień rano, otwieram oczy, patrzę w okno. Sypie śnieg. Wielkie płaty śniegu spadają gęsto. I nikt nie odśnieża.  Lubimy żartować z naszych drogowców, że zima ich co roku zaskakuje. Zapraszam do Nowego Jorku. Zima ich zawsze zaskakuje, całe miasto jest sparaliżowane, jest wręcz stan klęski żywiołowej, a o oponach zimowych do aut to nikt, nigdy tu nie słyszał (jak kiedyś o sms – wszyscy w Polsce pisaliśmy sms, bo rozmowy były bardzo drogie, to Amerykanie mieli abonamenty po 600 minut, a kiedy w końcu u nas minuta rozmowy przestała kosztować tyle, co międzynarodowa do Mombasy, to Amerykanie odkryli sms jako coś bardzo cool, mimo, że w abonamencie mieli już wtedy po 1500 minut albo i więcej). Tak więc sytuacja wygląda następująco: przyleciałam na tydzień, z czego 2-3 dni przesiedzę w domu, bo miasto postanowiło zagrać rolę życia w katastroficznym filmie bez charakteryzacji…

Ale nie poddaję się tak łatwo, w końcu nie takie zimy widziałam, urodziłam się w styczniu, jestem zahartowana. Wychodzę z domu. Jest 0 stopni Fahrenheita, czyli jakieś -18 stopni Celsjusza, śnieg do kolan i chce mi się płakać. Idę do metra, które na szczęście kursuje regularnie. Na Manhattanie było trochę lepiej, tzn. śnieg był już bardziej rozdeptany. Pod koniec dnia przestał padać śnieg, a dzień następny to był już w ogóle bardzo przyjemny, lekki mróz i słoneczko. Kolejny jeszcze lepszy, dodatnie temperatury, zaczęła się odwilż. Nie, nie zamierzam opisywać teraz pogody z całego tygodnia pobytu i szybko przejdę do dnia ostatniego. Mamy +17 stopni, pełne słońce, nowojorczycy płynnie zamienili śniegowce na japonki, a grube kurtki na spodnie do kolan. Nie było tu dobrej opcji na sensowne spakowanie się. Myślę, że nawet wróżbita Maciej czegoś takiego by nie przewidział.

IMG_5223
połowa kwietnia w NYC

Inny luty. Znowu lecę do Nowego Jorku. Zima tym razem jest z tych tradycyjnych – mróz na pograniczu odwilży, ale lodowaty wiatr powoduje, ze gdyby nie drapacze chmur wokół, to miałam wrażenie, ze tak musi być na Syberii. Przejmujące zimno („jak jest zima, to musi być zimno” film Miś). Bardzo nieprzyjemnie. Co mnie podkusiło, żeby znowu w lutym tu lecieć? To musiała być super promocja na zakup biletów. A nie, pamiętam już, dolar kosztował 2 zł. Więc z pełnymi walizkami, szczęśliwa wracam do domu. W dzień wylotu pada śnieg („sorry, taki mamy klimat” minister Bieńkowska). Na JFK spore opóźnienia. Nasz samolot także jest mocno opóźniony. Najpierw stoimy przy gate prawie 2 godziny i czekamy, aby móc się wpasować w kolejkę do odśnieżania samolotu. Jesteśmy w kolejce, uff, teraz to już pójdzie gładko. Kolejne 2 godziny minęły, my nadal w kolejce. No tak, przecież to nie Rębiechowo. Patrzę przez okno, jak wygląda to odśnieżanie. Cały samolot oblewany jest czymś w rodzaju zielonej galaretki. Przypomniał mi się jeden z odcinków „Katastrofy w przestworzach” z National Geographic, kiedy to niedokładnie odśnieżony/oblany galaretką samolot spadł, bo na skrzydłach wytworzył się lód. Myśli i wizje, jakie przetoczyły się przez moją głowę starczyłyby na kolejny post. Ale napiszę krótko – kołowanie i start samolotu jeszcze nigdy nie wydawały mi się taką wiecznością, jak wtedy…

Przestałam latać w lutym, uznając, że kwiecień jest przyjemniejszy. O naiwności moja. Ostatnią wyprawę z kwietnia połączyliśmy sprytnie z wyjazdem do Meksyku. Do Nowego Jorku przylecieliśmy w pierwszym tygodniu kwietnia. Pogoda bez szału, liczyłam raczej na cieplejszą aurę, ale da się wytrzymać, nie jest tak źle. Lecimy na tydzień do Meksyku (tam idealne +28 stopni każdego dnia), wracamy, a na La Guardia wita nas ziąb i zero stopni. Kiedy się wydaje, że gorzej już być nie może, następnego dnia pada śnieg. Jest połowa kwietnia.

Jedyne fajne zimowe atrakcje w Nowym Jorku to: okres przedświąteczny, wyprzedaże i lodowiska. Wyprzedaże znajdziecie w każdym sklepie, a lodowiska, te najbardziej popularne, to: Rockefeller Center (najdroższe i najbardziej też zatłoczone), bardzo fajne w Bryant Park oraz znane z filmu Kevin sam w Nowym Jorku oraz wielu zdjęć, lodowisko w Central Park.

Zima w Nowym Jorku jest nieprzewidywalna nawet dla tamtejszych synoptyków 😉 Potrafi nieprzyjemnie zaskakiwać, płatać figle i zakpić z najstarszych praw przyrody. Japonki w środku lutego, lepienie bałwana w kwietniu, atak zimy w październiku. Wszystkie te atrakcje zapewni nam nowojorska zima. Nawet teraz jest tam -17 w nocy, w dzień -4, ale za 2 dni prognozy pokazują +11. I weź się człowieku spakuj na taki Nowojorski Tydzień Mody…